Bochnia

SPRAWY-SPOLECZNE

DEBATA-BOCHNIA-foto-z-UM-01

Uczestnicy debaty (od lewej): Anna Wojakiewicz – sekretarz powiatu bocheńskiego, prof. Włodzimierz Bernacki – poseł na Sejm RP, Stefan Kolawiński – burmistrz miasta Bochnia, Elżbieta Achinger – poseł na Sejm RP.

Słowo „rodzina” nie pojawiło się dotychczas w żadnym z traktatów europejskich. Karta Praw Podstawowych jest jedynym tekstem przywołującym rodzinę w następującym brzmieniu: „Ochrona rodziny jest zapewniona na gruncie prawnym, ekonomicznym i społecznym”. Ten sam dokument zaznacza, że prawo rodzinne jest regulowane przepisami krajowymi. Istnieje jednak wiele obszarów, w ramach których decyzje podejmowane na szczeblu unijnym mają bezpośredni wpływ na życie i kondycję rodzin. Jest to m.in. swobodny przepływ osób, zatrudnienie i ochrona socjalna, edukacja. Dodatkowo państwa członkowskie ustaliły, że w kompetencjach Unii Europejskiej leżą działania na rzecz godzenia obowiązków zawodowych z życiem rodzinnym.

– Państwa członkowskie mają wyłączne kompetencje w dziedzinie polityki rodzinnej, ale Komisja stara się je wspierać poprzez promowanie wzajemnej nauki i wymiany dobrych praktyk – mówił w imieniu KE komisarz László Andora w sierpniu 2011 r.

W tym celu Komisja powołała europejski sojusz na rzecz rodzin, którego głównym celem jest propagowanie rozwiązań służących godzeniu pracy z życiem rodzinnym (m.in. poprzez zapewnienie opieki nad dziećmi). KE uruchomiła również projekt Family Platform, którego celem było zebranie istniejących badań na temat rodzin.

Czy w związku z kryzysem demograficznym powinna powstać wspólna europejska polityka rodzinna? Czy Polska potrzebuje unijnych wytycznych, by właściwie wspierać rodziny? Czy i w jaki sposób samorządy wykorzystują unijne środki na realizację prorodzinnych inicjatyw?

Debata „Rodzina największym kapitałem UE. Czy i w jaki sposób Unia wspiera rodziny?” odbyła się 18 maja w Miejskim Domu Kultury w Bochni. W dyskusji udział wzięli:

  • Elżbieta Achinger – poseł na Sejm RP,
  • prof. Włodzimierz Bernacki – poseł na Sejm RP,
  • Anna Wojakiewicz – sekretarz powiatu bocheńskiego,
  • Stefan Kolawiński – burmistrz miasta Bochnia.

Spotkanie poprowadził Krzysztof Tenerowicz, wiceprezes Fundacji Instytut Łukasiewicza.

DEBATA-BOCHNIA-foto-z-UM-03

Zebrani na widowni młodzi ludzie zostali zapytani o to, ile w przyszłości chcieliby mieć dzieci. Najwięcej osób wybrało odpowiedź “dwoje”.

Krzysztof Tenerowicz:

Jak obecność Polski w Unii Europejskiej wpływa na sytuację rodzin z poziomu gminy czy powiatu?

Stefan Kolawiński:

Samorząd gminny wspiera rodziny bezpośrednio i pośrednio. Pomoc bezpośrednia udzielana jest za pośrednictwem takich instytucji jak ośrodek pomocy społecznej, urząd miasta, ośrodek sportu i rekreacji, dom kultury czy Miejskie Centrum Dzieci i Młodzieży „Ochronka”, które pracuje z dziećmi. Pośrednio natomiast gmina pomaga poprzez budowanie z pomocą unijnych środków różnego rodzaju obiektów: hal widowiskowo-sportowych itd. I w tym kontekście obecność Polski w Unii jest dla rodzin odczuwalna, bo wszystkie pokolenia korzystają z wielu inwestycji zrealizowanych z unijnych środków.

Krzysztof Tenerowicz:

Cały czas słyszymy o kryzysie demograficznym i konsekwencjach, jakie on niesie za sobą. Czy Unia Europejska powinna zatem prowadzić wspólną polityką prorodzinną?

Elżbieta Achinger:

Tak, prawdopodobnie najsensowniejsze byłoby kształtowanie wspólnej polityki społecznej na szczeblu europejskim. Obecnie przepływ osób w Europie odbywa się bardzo swobodnie. Nie mamy granic, pewnie każdy z państwa zna osobę, która wyjechała. Ostatnio dowiedziałam się, że wielu młodych Włochów i Greków przyjeżdża pracować do Polski. Przepływy odbywają się zatem w różne strony, a co za tym idzie, problemy związane z kształtowaniem polityki rodzinnej będą się coraz bardziej rozprzestrzeniały. Na pewno więc warto stworzyć wspólny program, który byłby wdrażany przez prawodawstwa krajowe.

Przykładem sytuacji, w której wspólne przepisy przyniosłyby znaczące korzyści, jest chociażby kwestia opieki nad dzieckiem. Zdarza się coraz częściej, że jeden z rodziców pracuje w jednym kraju, drugi mieszka w drugim. Sądy polskie oczywiście regulują kwestię opieki nad dzieckiem, ale nie zawsze sądy europejskie przychylają się do naszych ustaleń, co powoduje rozmaite konflikty. W skrajnych sytuacjach dochodzi do porwań dzieci przez rodziców. Wspólna polityka rodzinna pozwoliłaby zapobiec takim sytuacjom.

Obecnie Polska podejmuje liczne działania mające na celu ochronę rodziny. Dramatyczny wskaźnik przyrostu naturalnego uświadomił nam, że młode małżeństwa i rodziny w ogóle potrzebują maksymalnych ułatwień. Ja sama mam pięcioro dzieci. Wiem, na jakim etapie życia pojawiają się problemy i jak można je usuwać, a przynajmniej zminimalizować. Ostatnio na szczęście wiele się zmienia na lepsze w polityce rodzinnej, choć gdybyśmy zaczęli działać 5–6 lat temu, to pewnie już dziś widzieliśmy wymierne efekty. Myślę zresztą, że na niektórych naszych rozwiązaniach będą wzorować się także kraje zachodnie. Dla przykładu Karta Dużej Rodziny ułatwia życie wielu rodzinom, dla których każdy zaoszczędzony grosz na przejazdach, na możliwości korzystania z oferty kulturalnej, sportowej jest szalenie istotny.

Równie ważna moim zdaniem jest kwestia zatrudnienia. 56% osób deklaruje, że kluczowa jest dla nich możliwość powrotu do pracy po okresie urlopu macierzyńskiego. Współczesne Polki – kobiety wykształcone, energiczne – chcą być zawodowo czynne i niekoniecznie spełniać się wyłącznie jako mamy. Powinniśmy ułatwić im łączenie pracy i obowiązków macierzyńskich. Odpowiednie rozwiązania prawne, w połączeniu z regulacjami unijnymi, przełożyłyby się na poprawę sytuacji wielu rodzin.

Krzysztof Tenerowicz:

Czy Polska potrzebuje takich unijnych wytycznych? Krytycy rozwiązań z Brukseli zwracają uwagę chociażby na społeczne różnice, które są np. pomiędzy Polską a Francją czy Niemcami.

Włodzimierz Bernacki:

Nie chcę być czarnowidzem, ale przyjęcie pewnych rozwiązań rzeczywiście pogorszyłoby naszą sytuację. Po pierwsze, musimy odpowiedzieć sobie na pytanie, jak Polacy definiują rodzinę. Jesteśmy bowiem społeczeństwem katolickim i rodzinę definiujemy m.in. poprzez czwarte przykazanie. Jeśli mówię o rodzinie Bernackich, to mam na myśli swoją żonę, dwóch synów, a także rodziców. Tak my, Polacy, widzimy rodzinę: jako realnie istniejący byt, przedstawicieli kilku pokoleń.

Rzecz w tym, że cywilizacja Zachodu, cywilizacja niekatolicka, a w dużej mierze protestancka lub ateistyczna, kieruje się inną definicją rodziny. Otóż rodzina to grupa społeczna, której funkcjonowanie jest regulowane przez prawo. Takie postrzeganie rodziny, jako zbioru pojedynczych jednostek, sprawia, że na pierwszy plan wysuwa się ochrona praw każdego człowieka z osobna, np. ochrona przed dyskryminacją. Nic więc dziwnego, że w ramach polityki rodzinnej Unia zajmuje się najczęściej ochroną dzieci i kobiet przed przemocą czy też kwestią świadczeń alimentacyjnych. Czy dla polskich rodzin to są kwestie najistotniejsze? Różnice między Polską a Zachodem widać także w twardych danych: tam przemoc wobec kobiet dotyka 40% rodzin, podczas gdy w Polsce jest to zaledwie kilkanaście procent.

Stefan Kolawiński:

Zgadzam się, że wyjście od definicji rodziny jest kluczowym zagadnieniem. Ale do tego warto zastanowić się, dlaczego jest taki problem z tą definicją. Wróćmy do momentu, kiedy powstawała tzw. konstytucja europejska. Czemu wtedy narody, które wyrosły na chrześcijańskiej tradycji, nie zapisały takich wartości w preambule? To wydaje się przyczynkiem do późniejszych rozważań na temat tego, czy jedynie słuszny jest tradycyjny model rodziny, czy może rodzinę tworzą także dwaj tatusiowie czy dwie mamusie.

WB: To prawda. Różnic między nami a Europą Zachodnią jest zresztą znacznie więcej. Na Zachodzie średni wiek, w jakim młodzi ludzie zawierają związek małżeński, stale się podnosi, podobnie jak wiek, w którym kobiety decydują się na pierwsze dziecko. Pojawia się również zjawisko, które w naszym społeczeństwie jest jeszcze dość rzadkie, a na Zachodzie uznaje się za całkiem normalne. Mam na myśli tzw. życie na próbę – młodzi ludzie żyją ze sobą i nie legalizują związku ani w myśl prawa cywilnego, ani w myśl prawa kanonicznego. U nas żyje tak ok. 20% osób, na Zachodzie – nawet 80%. Tam wyższy jest także odsetek rozwodów. Wreszcie kwestia dzieci – u nas ich liczba ze związków pozamałżeńskich sięga 20%, podczas gdy w krajach skandynawskich czy Bułgarii – nawet 50%.

Jeżeli więc pyta pan, czy powinniśmy przyjmować europejskie standardy, to mam poważne wątpliwości. Zbyt wiele nas różni, a negatywne zjawiska, z którymi mamy do czynienia, nasilają się na zachodzie Europy. Jedynie w przypadku dzietności wypadamy fatalnie nie tylko na tle europejskim, ale i w skali globalnej – zajmujemy 212. miejsce na 224 państwa uwzględnione w rankingu dzietności. Nawet jednak problem dzietności Unia najchętniej – co wynika z licznych raportów – rozwiązałaby w osobliwy sposób: poprzez imigrację. Czy w kontekście wielkiej fali imigrantów z Afryki jest to naprawdę najlepszy sposób na poprawę dzietności i ochronę społeczeństw przed starzeniem się, także w Polsce? Mam co do tego poważne wątpliwości.

Zresztą na rodzinę trzeba patrzeć nie tylko przez pryzmat tego, co się opłaca, a co nie. Gdybym w latach 80. kalkulował, czy opłaca mi się żenić z kobietą, która mieszkała z rodzicami w M3, czy opłaca nam się mieć jedno, a potem drugie dziecko, to dziś z pewnością wiódłbym zupełnie inne życie. Obecnie powszechne jest stawianie na własny rozwój, zakup samochodu, mieszkania, a o zakładaniu rodziny myśli się, kiedy zarobek zaczyna się od cyfry 4, nie 1. Wiele lat temu razem z żoną chodziliśmy do kawiarni Telimena, braliśmy najtańszą herbatę – za 1,5 zł. I byliśmy szczęśliwi. Nie myśleliśmy wtedy o karierze. Pracę nad doktoratem podjąłem dopiero wtedy, gdy żona zaszła w ciążę. To była dla mnie motywacja, by wreszcie zabrać się za pracę i wziąć odpowiedzialność jako głowa rodziny.

W rozmowach o rodzinie zapomina się też o tym, że jej podstawą jest miłość. Póki co – w myśl art. 18 konstytucji – miłość mężczyzny i kobiety. Ale w myśl art. 48 konstytucji rodzice mają też prawo do wychowania dzieci w myśl przekonań, które sami uważają za słuszne. Z miłością skojarzone są poza tym powinności. Moment przyjścia na świat dziecka jest momentem przełamania egotyzmu tych, którzy jeszcze przed chwilą nie byli rodzicami, a teraz już nimi są. Sam pamiętam szok, kiedy urodził się mój syn. Gdy zobaczyłem to maleńkie niemowlę, wiedziałem, że żarty się skończyły i biorę pełną odpowiedzialność za wychowanie dziecka.

Rozważania nad rodziną możemy więc prowadzić z punktu widzenia demografii, ekonomii, prawa czy też odwołując się do sfery emocjonalnej. Jeśli spojrzymy na rodzinę z każdej z tych perspektyw, wówczas zrozumiemy, czym jest rodzina, i uzmysłowimy sobie, że wcale nie musimy czerpać z obcych dla nas wzorców z Europy, islamu czy najbardziej skrajnych nurtów protestantyzmu.

Elżbieta Achinger:

Mówiąc o tworzeniu wspólnej polityki rodzinnej na poziomie Unii, nie miałam jednak na myśli tego, byśmy powielali wzorce z Zachodu. Należy natomiast stworzyć rozwiązania, które ułatwią życie rodzinom w przypadku wyjazdów i pracy za granicą.

Niska dzietność i wsparcie dla rodzin

Współczynnik dzietności w Polsce w 2012 r. wyniósł 1,3, a średnia europejska to niespełna 1,5. Tymczasem optymalna wielkość, zapewniająca zastępowalność pokoleń, to 2,1.

Komisja Europejska w 2006 r. wezwała państwa członkowskie do stworzenia rodzinom bardziej korzystnych warunków, np. poprzez zachęcanie pracodawców do oferowania możliwości służących pogodzeniu życia zawodowego i prywatnego.

Przydział zasobów finansowych przeznaczonych na realizację celów społecznych należy do uprawnień państw członkowskich. Istnieją jednak instrumenty finansowe UE, przy pomocy których rządy i samorządy mogą wspierać m.in. rodziny i rodzicielstwo w UE:

  • Europejski Fundusz Społeczny,
  • Europejski Fundusz Rozwoju Regionalnego,
  • Europejski program na rzecz zatrudnienia i innowacji społecznych.
DEBATA-BOCHNIA-foto-z-UM-09

Elżbieta Achinger: należy stworzyć rozwiązania, które ułatwią życie rodzinom w przypadku wyjazdów i pracy za granicą.


Anna Wojakiewicz:

Polski dramat demograficzny nierozerwalnie łączy się z emigracją Polaków. Czasowo poza granicami naszego kraju przebywają 2 mln osób, choć w rzeczywistości ta liczba może być znacznie większa, bo Główny Urząd Statystyczny nie odnotowuje emigrantów, którzy zameldowani są w Polsce, ale pracują za granicą na czarno. Najważniejszą przyczyną wyjazdów jest oczywiście praca i chęć życia w godnych warunkach, ale też w kraju, który oferuje wysoki poziom zabezpieczeń społecznych i świadczeń rodzinnych.

Znalazłam bardzo ciekawe informacje na temat tego, czy Polacy chcą mieć dzieci. Z badań wynika, że jak najbardziej chcą, jednak powstrzymuje ich przed tym brak pieniędzy. Dominuje model rodziny 2 + 2 – dla 61% badanych jest to idealna rodzina, ewentualnie 2 + 3 – taką rodzinę chciałoby mieć 30% Polaków. Natomiast tylko 4% Polaków nie chce mieć dzieci w ogóle.

Krzysztof Tenerowicz:

Problem emigracji jest widoczny w powiecie bocheńskim? Spada liczba dzieci urodzonych tutaj?

Anna Wojakiewicz:

Jeżeli chodzi o eurosieroctwo, to z reguły sytuacja wygląda tak, że za granicą przebywa jeden z rodziców, zazwyczaj ojciec. Zdarzają się sytuacje, że matka, która zostaje z dzieckiem lub dziećmi, również pracuje w Polsce, i to czasem na dwa etaty. W rezultacie dzieci są zostawione same sobie, wychowują się na podwórku, bez opieki. Pogarszają się stosunki rodzinne, młodzi ludzie nie potrafią rozmawiać ze swoimi rodzicami, i na odwrót, bo w ogóle się nie widują. Przy okazji świąt Bożego Narodzenia w Bochni co trzeci samochód na ulicach miasta jest na żółtych, angielskich tablicach rejestracyjnych – to pokazuje skalę emigracji.

Jeśli chodzi o liczbę urodzeń, to na razie nie jest źle. W 2014 r. w samym mieście Bochnia urodziło się 236 dzieci. W gminie Bochnia – 264, Nowy Wiśnicz – 181, gmina Trzciana – 92, Żegocina – 79, Łapanów – 98, Rzezawa – 119, Drwinia – 59, Lipnica Murowana – 73. Daje to ogółem 1201 dzieci. W porównaniu z 2013 r. liczba urodzeń jest większa, więc mamy powody do zadowolenia.

Krzysztof Tenerowicz:

Niewątpliwie jednak faktem jest, że Polki chętniej rodzą dzieci na emigracji. Dlaczego tak się dzieje?

Elżbieta Achinger:

Ma na to wpływ w dużej mierze aspekt finansowy, bo na Zachodzie świadczenia socjalne są o wiele wyższe – między Wielką Brytanią, Niemcami, Szwecją a Polską jest pod tym względem przepaść. Wynika to oczywiście z tego, że przez 50 lat nie mieliśmy możliwości takiego rozwoju jak kraje Europy Zachodniej. Od 25 lat te różnice stopniowo zmniejszamy, ale jeszcze przez wiele lat będą one widoczne.

Stefan Kolawiński:

To prawda, radzimy sobie coraz lepiej i niwelujemy różnice, tylko jak długo będziemy sobie radzić z odpływem młodych, wykształconych, przedsiębiorczych, pełnych zapału ludzi? Problem jest ogromny, bo wyjeżdżają osoby najbardziej rzutkie, które u nas, w Polsce, powinny rozwijać swoje umiejętności i tutaj, na miejscu, tworzyć to, co dla tkanki narodu jest niezbędne. Tak liczna emigracja nie odbywała się nigdy wcześniej. Podobny exodus miał miejsce w czasach Solidarności i trzeba było dużo czasu, aby ten kapitał ludzki uzupełnić. Młodzi ludzie powinni tworzyć większą i potężniejszą Polskę, kraj, który będzie dumą nas wszystkich, a oni budują drugą Anglię i Irlandię. W istocie ponosimy konsekwencje bycia Europejczykami drugiej kategorii.

Wydaje się, że pieniądze przeważają często nad zdrowym rozsądkiem. Pół biedy, jeżeli wyjeżdża jedno z rodziców. Kierowałem swego czasu szkołą w miejscowości nieopodal Bochni. Znam stamtąd kilka przypadków, gdzie oboje rodziców pozostawiło w Polsce nieletnie dzieci. Świadczy to o naprawdę niskiej kondycji polskiej rodziny. Zostawienie dzieci samych sobie, bez opieki, bez zaplecza rodziny, niesie za sobą koszmarne skutki: życie na bieżąco, przyjmowanie wzorców, które często nie są odpowiedzialne, i utrwalanie się w młodym umyśle wizji rodziny, która jest, prawdę mówiąc, zupełnie ułomna. Takie dziecko nabiera przekonania, że ono w istocie nie ma ani mamy, ani taty.

Elżbieta Achinger:

Zwróćmy jednak uwagę na to, że w zeszłym roku, gdy Sejm uchwalił możliwość rocznego urlopu macierzyńskiego i tacierzyńskiego, urodziło się w Polsce 6 tys. dzieci więcej. Obecnie przygotowywany jest projekt, wedle którego urlop macierzyński przysługiwałby także osobom zatrudnionym w rolnictwie, samozatrudnionym czy zatrudnionym na umowy-zlecenia oraz studentom. Oczywiście ważne jest budowanie żłobków, przedszkoli i ciągle ich przybywa, ale nadal mamy ich za mało. Jest też coraz więcej możliwości telepracy.

Myślę, że wszystkie te udogodnienia sprawią, że młodzi ludzie zechcą mieć dzieci. Mam nadzieję, że stworzone warunki pozwolą wejść w życie rodzinne w nieco młodszym wieku. Bo na własnym przykładzie mogę powiedzieć, że najwięcej cierpliwości ma się za młodu. A dzieci wymagają jej bardzo dużo.

DEBATA-BOCHNIA-foto-z-UM-11

Wśród uczestników spotkania przeprowadzono badanie ankietowe.

 

Urlopy macierzyńskie – jednolitych przepisów nie będzie

1 lipca 2015 r. Komisja Europejska wycofała wniosek dyrektywy w sprawie urlopu macierzyńskiego. Powodem był brak zgody państw członkowskich na zaproponowane w dyrektywie rozwiązania, które miały obowiązywać w całej Unii.

Propozycja Komisji Europejskiej z 2008 r. zakładała wydłużenie minimalnego okresu urlopu macierzyńskiego z 14 do 18 tygodni i dawała kobietom większą swobodę decydowania, kiedy skorzystać z nieobowiązkowej części urlopu (przed urodzeniem dziecka czy po nim). Zwalniała tym samym matki z obowiązku wykorzystania części urlopu przed urodzeniem dziecka (ma to miejsce w niektórych krajach członkowskich, np. Belgii). W 2010 r. w ramach prac nad dyrektywą Parlament Europejski zaproponował co najmniej 20 tygodni płatnego w 100% urlopu macierzyńskiego i dwutygodniowego urlopu ojcowskiego. Takie rozwiązanie nie spodobało się niektórym krajom. Prace nad dyrektywą utknęły w martwym punkcie i do 2015 r. nie udało się wypracować porozumienia.

„Komisja uważa, że przedłużanie obecnego impasu poprzez podtrzymywanie wniosku, który nie ma szans na przyjęcie, nie wpływa w żaden sposób na poprawę życia codziennego pracujących matek. Wycofując ten wniosek, Komisja pragnie przełamać obecny zastój i umożliwić przedstawienie nowych inicjatyw, co do których będzie można osiągnąć porozumienie i które przyniosą faktyczną poprawę warunków życia pracujących rodziców i opiekunów. Komisja przedstawi szerszą inicjatywę, która będzie nadal służyła osiągnięciu celów określonych w poprzednim wniosku i zapewnieniu minimalnej ochrony. W nowej inicjatywie uwzględnione zostaną zmiany społeczne, jakie nastąpiły w ostatnim dziesięcioleciu, a ponadto zastosowana zostanie najlepsza kombinacja dostępnych instrumentów polityki, aby osiągnąć możliwie skuteczne wyniki” – napisano w komunikacie prasowym Komisji Europejskiej 1 lipca 2015 r.

Krzysztof Tenerowicz:

Jak oceniają państwo wykorzystanie środków unijnych na działania służące rodzinom?

Włodzimierz Bernacki:

Jest z tym pewien kłopot, bo działania związane z rodziną nie są wydzielone spośród innych projektów. Częścią działań zajmuje się Ministerstwo Edukacji Narodowej, z kolei na samorządy nakłada się obowiązek stworzenia w każdej gminie przedszkola samorządowego. Wreszcie Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego niebawem nałoży na szkoły wyższe obowiązek stworzenia żłobka na uczelni. Swoją drogą jest to ciekawa inicjatywa, która przysłuży się zarówno pracownikom uczelni, jak i studentom, którzy będą mogli pozostawić w żłobku swoje dzieci.

Mimo to staranność, z jaką działają przedstawiciele samorządów, pozwala podejmować takie działania jak chociażby Karta Dużej Rodziny. Niestety na działania związane z Kartą Dużej Rodziny przeznaczono na ten rok nieco ponad 60 milionów, a to zdecydowanie za mało – to mniej niż koszt jednego składu Pendolino. W takiej sytuacji ogromna odpowiedzialność spoczywa na barkach samorządów. I za to, że w Bochni udało się zrealizować projekt Karty Dużej Rodziny, należy się chwała samorządowcom. Polityka społeczna obejmuje zatem działania w różnych sferach budżetowych. Ubolewam tylko, że środków przeznaczonych na tę politykę jest zbyt mało.

Stefan Kolawiński:

Bocheńska Karta Rodzinna została wprowadzona przez samorząd uchwałą na około pół roku przed tym, nim zaczęła funkcjonować karta zaproponowana przez pana prezydenta Komorowskiego. Inicjatorem projektu był radny Balicki. Na ten moment możemy stwierdzić, że wprowadzenie Karty było dużym sukcesem. Z Bocheńskiej Karty korzysta już ponad 1300 osób, a zaangażowanych jest prawie 60 podmiotów. Do programu dołączyły nie tylko jednostki samorządowe MDK, MOSiR, kryta pływalnia, „Ochronka”, muzeum czy biblioteka, lecz także przedsiębiorcy, którzy uznali, że posiadanie certyfikatu Bocheńskiej Karty Rodzinnej jest dla nich korzystne – udzielając zniżek na zakup lodów czy innych artykułów, mają w tym interes i wkład we wspieranie rodzin wielodzietnych.

Karta Dużej Rodziny również u nas działa, ale korzysta z niej mniej osób, choć też ponad tysiąc. Różnica jest taka, że w Kartę Dużej Rodziny włączyły się głównie banki i telekomunikacja. Jest w sumie tych podmiotów osiem. To pokazuje, jakie jest zaangażowanie lokalnych przedsiębiorców, a jakie tych, którzy świadczą usługę zewnętrzną.

Chciałbym też dodać, że w ubiegłym roku oddaliśmy do użytku Bocheńską Strefę Aktywności Gospodarczej. Jedno przedsiębiorstwo już działa, drugie jest na ukończeniu i niebawem zacznie przyjmować pracowników. Ideą strefy było zaoferowanie zatrudnienia młodym ludziom, którzy dopiero wchodzą na rynek pracy, i zatrzymanie ich w naszej małej ojczyźnie.

Krzysztof Tenerowicz:

Jak z perspektywy powiatu wygląda kondycja rodziny? Czy da się odczuć, że rodzina rzeczywiście jest największym kapitałem nie tylko Polski, ale całej Unii Europejskiej?

Anna Wojakiewicz:

Jak najbardziej, rodzina jest kapitałem! Jak mawiał św. Jan Paweł II, przyszłość ludzkości idzie przez rodzinę. Rodzina jest najważniejsza i najważniejsze jest to, co wynosimy z domu.

Jeżeli chodzi o powiat, to powstała powiatowa strefa aktywności gospodarczej. Tworzą ją firmy, które będą się rozwijać i dawać nowe miejsca pracy. Robimy wszystko, by rodziny nie opuszczały powiatu i nie dochodziło do eurosieroctwa. W ostatnich latach również Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej, korzystając ze środków Europejskiego Funduszu Społecznego, organizowało konkursy w ramach działania Kapitał Ludzki. Dofinansowywano projekty umożliwiające godzenie życia zawodowego i rodzinnego oraz ułatwiające powrót na rynek pracy po przerwie związanej z urodzeniem dziecka. Wsparciem objęto m.in. inwestycje w żłobki i kluby dziecięce.

Krzysztof Tenerowicz:

No właśnie, jak wygląda sytuacja z przedszkolami i żłobkami? Mój znajomy zażartował kiedyś, że radość z przyjęcia do żłobka jest obecnie porównywalną z tą, jaka 20 lat temu towarzyszyła dostaniu się przez dziecko na prawo.

Stefan Kolawiński:

Z przedszkolami jest zdecydowanie lepiej niż ze żłobkami – chyba po raz pierwszy od paru lat mamy w tym roku wolne miejsca w przedszkolach, więc nie jest źle. Samorząd wspiera powstające placówki niepubliczne, udziela dotacji dla osób prywatnych prowadzących taką działalność. Nie korzystamy przy tym ze środków unijnych – służyć mogą one raczej na cele związane np. z doposażeniem przedszkoli, choć nie są to znaczące środki. Niestety środki przewidziane w budżecie naszego państwa na działalność przedszkoli i żłobków również nie są wystarczające, dlatego samorząd zmuszony jest dofinansowywać ich działalność.

Polskie inicjatywy z zakresu polityki rodzinnej

Karta Dużej Rodziny – przyznawana jest bezpłatnie i bez względu na dochód. W ciągu najbliższych lat z karty może korzystać 3,4 mln osób, w tym 2 mln dzieci. Do tej pory wydano milion kart. Rodziny mogą korzystać z oferty w prawie 6 tys. miejsc zgłoszonych przez ponad 590 firm i instytucji z całej Polski. Karta zapewnia zniżki przy zakupie jedzenia i kosmetyków, odzieży i obuwia, książek, zabawek oraz paliwa. Obniża także koszty rachunków za usługi telekomunikacyjne czy bankowe. Pozwala na tańsze przejazdy pociągami i komunikacją publiczną w wybranych miejscowościach.

Program MALUCH 2015 – tworzenie nowych miejsc opieki dla najmłodszych dzieci i utrzymywanie istniejących. Program jest skierowany do gmin, przedsiębiorców, organizacji, uczelni. W tegorocznej edycji dofinansowanych zostanie ponad 32 tys. miejsc opieki nad najmłodszymi. Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej przeznaczyło 151 mln zł na ich utrzymanie i utworzenie nowych. To o 50 mln zł więcej niż rok temu.

Projekt „złotówka za złotówkę” – rodziny, które przekroczą próg dochodowy, nie stracą świadczeń rodzinnych, ale będą je nadal otrzymywać – pomniejszone o kwotę, o jaką przekroczyły kryterium. Obecnie rodzina, która przekroczy próg dochodowy (574 zł na osobę w rodzinie lub 664 zł dla rodzin z niepełnosprawnym dzieckiem) choćby o złotówkę, traci wszystkie zasiłki rodzinne.

Krzysztof Tenerowicz:

Wrócę jeszcze do wątku europejskiego. Gdzie szukać środków europejskich i jak je wykorzystywać?

Elżbieta Achinger:

Warto pamiętać, że po raz ostatni dostaliśmy z Unii środki w tak dużej kwocie. Pieniądze te zostały już w zasadzie podzielone na poszczególne etapy i sfery życia – najwięcej z nich można pozyskać w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego. Myślę, że wybudujemy kolejne żłobki za te pieniądze, bo z przedszkolami nie jest najgorzej.

Dla rozwoju rodziny niezbędna jest również duża innowacyjność przedsiębiorstw. Nie możemy sobie pozwolić na to, by zmarnować potencjał młodych. Wspomniany przeze mnie Europejski Fundusz Społeczny służy właśnie powstawaniu inkubatorów przedsiębiorczości, a także wspiera łączenie ze sobą nauki i biznesu. Przyznam szczerze, że w swojej firmie wielokrotnie miałam problemy z wdrażaniem nowych technologii i musiałam posiłkować się rozwiązaniami, które trzeba było implementować z Zachodu. Absolutnie niepotrzebnie, bo nasz kapitał ludzki jest tak ogromny, że możemy być samowystarczalni. Z pomocą młodych, zdolnych ludzi mamy szansę skończyć z importem technologii. Sami możemy je wytwarzać u siebie. Powiem więcej: możemy je eksportować.

Krzysztof Tenerowicz:

Dużo mówi się o polskiej Nokii, ale ciągle się jej nie doczekaliśmy.

Elżbieta Achinger:

Tak, bo wymaga to odpowiedniego zagospodarowania środków, które otrzymamy. Wierzę, że możemy je dobrze wykorzystać, bo pierwsza transza, przeznaczona głównie na infrastrukturę, przyniosła wspaniałe zmiany. Jako poseł zaczęłam masowo jeździć po Małopolsce i jestem pod ogromnym wrażeniem, jak nasz region się zmienił, jak zmieniły się Bochnia i Niepołomice. Niemniej teraz środki, które wcześniej wykorzystywaliśmy na rozwój przemysłu i budowę, muszą zostać spożytkowane na rozwój ludzi i dostosowanie kształcenia.

Myślę, że czeka nas ponadto wielka reforma szkolnictwa zawodowego. Pan burmistrz wspomniał, że powstała strefa aktywności gospodarczej, w której pracę znajdą rozmaici specjaliści. Musimy więc zadbać o wykształcenie odpowiednich profesjonalistów. Jeśli uzyskamy informację, kogo trzeba wykształcić, młodzi ludzie z naszego regionu z pewnością znajdą zatrudnienie. To jest de facto informacja dla przedsiębiorcy: dostaniesz pracownika, tylko powiedz jakiego.

Rozmawiałam kiedyś z rektorem Akademii Górniczo-Hutniczej. To jest jedna z niewielu uczelni krakowskich, która może pochwalić się prawie 96-procentowym zatrudnieniem absolwentów! Taki model musimy powielać, wykorzystując środki z Unii, z Europejskiego Funduszu Społecznego.

Krzysztof Tenerowicz:

Chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na wielopokoleniowość polskich rodzin. Bo przecież polskie rodziny to także babcie, dziadkowie, bez których problem eurosieroctwa byłby znacznie większy.

Włodzimierz Bernacki:

Rzeczywiście, jeśli spojrzeć na rodzinę z tej perspektywy, zauważymy, że obecne czasy mocno nas ograniczają. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu rodzina była silnie osadzona na jednym terenie i miejsce urodzenia najczęściej wiązało się z miejscem zamieszkania. Świadomość przywiązania do miejsca, do swoich przodków, wzmacniała relacje rodzinne i zobowiązania dzieci wobec rodziców czy wnuków wobec dziadków.

Niestety powoli odchodzimy od tego modelu. Rodzina przestaje być miejscem, na którym możemy się wesprzeć. Egotyzm jest niestety coraz powszechniejszy. Jesteśmy ludźmi, którzy żyją teraźniejszością. Myślimy kategorią postępu i uważamy, że jutro zawsze będzie lepsze niż dziś. Jutro będą lepsze smartfony, system Android będzie coraz doskonalszy. Zapominamy jednak, że jutro będziemy też starsi. Polecam książkę pt. Futu.re, która niedawno się ukazała. Pokazuje ona świat, w którym nie ma rodziny, jest za to świat, w którym panuje przeludnienie. Warto po nią sięgnąć. Jest przygnębiająca, ale pokazuje alternatywę dla dzisiejszej rzeczywistości.

Osobiście na środki unijne w kwestiach związanych z rodziną raczej bym nie liczył. Z racji funkcji pełnionej przez przewodniczego Donalda Tuska mamy teraz dobrą okazję, by upomnieć się o lepsze rozwiązania. Skoro jest możliwość pozyskiwania niemałych dopłat do jednego hektara, najlepiej nieuprawianego, to może dopłaty mogłyby być kierowane także do rodzin wychowujących dzieci. Wydaje się to możliwe, ale musi być wola całej Unii Europejskiej. Musimy wspólnie dążyć do tego, że nie uzupełnimy braków demograficznych poprzez otworzenie się na Afrykę czy Azję, ale wesprzemy rodziny europejskie. Skoro Unia jest w stanie stwierdzić kategorycznie, że ślimak jest rybą, z pewnością mogłaby też wdrożyć system dopłat dla rodzin.

Warto również wprowadzić określone przepisy dotyczące długości urlopu macierzyńskiego i powrotu matki lub ojca po urlopie macierzyńskim czy tacierzyńskim. Obecny system niestety ma wiele wad. Sam nie odważyłem się zrezygnować z pracy na uniwersytecie, po tym jak zostałem posłem. Za cztery lata mogę przecież nim już nie być i co wtedy? Zakład pracy dał mi wprawdzie urlop bezpłatny, ale za cztery lata przełożony może powiedzieć: „Będziesz pracował jeszcze ten rok, bo tak wynika z ustawy, ale już nie ma dla ciebie godzin, nie ma dla ciebie pracy, dlatego zacznij szukać czegoś nowego”. Skoro Unia tak walczy z przemocą domową, z dyskryminacją, dba o to, by każdy mógł wybrać, czy jest dziewczyną czy chłopakiem, to może warto byłoby ustalić, że każdy rodzic wracający z urlopu macierzyńskiego czy tacierzyńskiego nie może być zwolniony? Te gwarancje powinny być nadane na poziomie Unii Europejskiej.

Elżbieta Achinger:

Rodzina, jakkolwiek by ją rozumieć, zawsze będzie najważniejszym elementem każdego społeczeństwa. Mam nadzieję, że zaczniemy wreszcie doceniać to, że bez dobrze prowadzonej polityki prorodzinnej – zarówno globalnie, jak i w poszczególnych krajach członkowskich – staniemy się kontynentem przegranym. A na to Europa pozwolić sobie nie powinna i nie może.

Bardzo się cieszę, że to spotkanie odbywa się z udziałem młodych ludzi. To wy jesteście przyszłością. Sięgajcie do wszelkich możliwych źródeł, szukając właściwego rozwiązania. Bez dobrze ukształtowanego modelu rodziny nasza przyszłość nie istnieje. Życzę wam dużo entuzjazmu i podejmowania mądrych decyzji. Może za kilka lat spotkamy się w Bochni i ktoś z państwa powie mi, że ma już męża czy żonę, jedno czy dwoje dzieci, i jest szczęśliwy. Tego wam życzę!

Stefan Kolawiński:

Jeśli chodzi o rodzinę, w 100% zgadzam się z poseł Achinger. Zawsze miałem nadzieję, że uda mi się zbudować rodzinę 2 + 2. Niestety stało się inaczej. Problem z prokreacją toczy polskie społeczeństwo – 30% polskich małżeństw ma problemy z posiadaniem dzieci. To jest wyzwanie dla społeczeństwa i batalia o in vitro nie jest rozwiązaniem. Problem dotyka znacznie większej liczby osób niż ta garstka, która skorzysta z programu dotyczącego in vitro.

Nie możemy zapominać, że rodzina stanowi fundament, na którym zawsze możemy się wesprzeć w trudnych sytuacjach. To nie są puste slogany. Wiele razy doświadczyłem wsparcia najbliższych osób: matki, ojca. Babcia z kolei kształtowała moje wartości, to z nią chodziłem do kościoła, to ona pokazywała mi drogę krzyżową. Chcę podkreślić, że więź międzypokoleniowa jest niezwykle ważna. Czasami wydaje nam się, że coś zupełnie nie przystaje do dzisiejszych czasów, tymczasem okazuje się bardzo ważne.

Zastanówmy się nad tym, jak chcemy ukształtować następne pokolenia. Czy wychowamy pokolenie wrażliwe na innych czy takie, które po trupach będzie dążyło do osiągnięcia własnych celów? To, jakie wychowamy pokolenie, wpłynie na to, jaka będzie nasza starość. Warto kształtować postawy, które zgodne są z nauczaniem Jana Pawła II, i utrwalać wartości przekazywane nam przez babcie, rodziców i na bieżąco przez nauczycieli.

Włodzimierz Bernacki:

Jako politolog i historyk chciałbym przypomnieć jedną ważną hipotezę. W XIX w. Robert Malthus stwierdził, że liczba ludności na świecie będzie rosła w postępie geometrycznym, natomiast ilość dóbr produkowanych na świecie – w postępie arytmetycznym. Dlatego wojna jest czymś, co w istocie jest naturalne. Stanowi sposób likwidacji nadwyżki ludności chętnej do czerpania i konsumpcji. Teoria Malthusa stała się fundamentem dla teorii darwinizmu społecznego i chciałbym, abyśmy z tej perspektywy spojrzeli na dzisiejszy świat.

To właśnie my, Polacy, żyjemy w strefie północy, w strefie cywilizacji zachodniej, i to nas dotyka katastrofa demograficzna. Spada przyrost naturalny, ale wzrasta przyrost dóbr produkowanych w tej części świata. Każdy obywatel ma do tego gwarantowaną edukację, opiekę medyczną itd. Z perspektywy XVII, XVIII, a nawet XIX w. jest to wspaniały świat. Jednak za sprawą słabej rodziny nasz świat staje się przedmiotem pożądania tych, którzy mieszkają w Afryce czy Azji. Jeżeli więc sami nie wzmocnimy naszej tkanki, nie będziemy dokonywali reprodukcji, to nie zadbamy o swoją przyszłość. Istnieje ryzyko, że scenariusze z książek fantastycznych rzeczywiście się ziszczą, że sprawdzi się scenariusz Samuela Huntingtona, który pisał o zderzeniu cywilizacji. Stworzyliśmy pustkę, w którą może wkroczyć fala imigrantów. Zadbajmy więc o to, co dla nas najważniejsze: rodzinę i bliskich.

Anna Wojakiewicz:

Przyszłość ludzkości wiedzie przez rodzinę. Szanujmy nasze rodziny, szanujmy się w rodzinach nawzajem i dbajmy o to, aby nasze rodziny były pełne, spójne i szczęśliwe.

Zobacz prezentację z debaty w Bochni.

Posłuchaj audycji